Wiadomo, że czwarta seria pierwszej nie dorówna. Jest to prawda uniwersalna i do dziś dzień nie spotkałam się z serialem, który zada jej kłam.
Czego więc spodziewać się mogłam po pierwszym odcinku czwartej serii Sherlocka? Jak zwykle, ciekawej zagadki, rozwiązanej w nietypowy, ale nie mniej wspaniały sposób.
Nie zostałam tym razem powalona na kolana. Tak naprawdę to się rozczarowałam. Zagadka słaba, rozwiązanie podane na tacy - wszyscy są nadzwyczaj gadatliwi. Samej dedukcji nie ma prawie wcale. I szczerze mówiąc, sama bym wpadła na to, żeby sprawdzić, kto kupił pozostałe popiersia. Fakt, że Lestrade nawet nie spróbował rozwiązać sprawy świadczy, że albo on spoczął na laurach, albo też na tych laurach legł Moffat i Gatiss.
Cały odcinek po prostu przeleciał mi przed oczami. Wszystko szybko, pobieżnie. Dziwaczne efekty wizualne, nie wiadomo po co zastosowane. A cała ta historia z Mary to mnie po prostu zmęczyła.
Mam też wrażenie, że Benek zagubił gdzieś między Alanem Turingiem, a Dr Strangem esencję Sherlocka i próbuje ją dopiero odnaleźć.
Generalnie, nie wiem w ogóle co to jest, ale nie jest to ten Sherlock, którego uwielbiam. Czyżby seria się skończyła na trójce i tam trzeba skończyć oglądanie?
A może trzeba dać tej nowej odsłonie szansę… Dam znać, jak idzie.
Dzisiaj trochę o moim urlopie, ale nie będę zanudzać szczegółami. Jeśli Was ciekawią zdjęcia z całego mojego pobytu zapraszam do galerii na fb oraz na deviantArt
Tutaj tylko to, co wiąże się z moim blogiem.
Wspominałam tu już parę razy Szekspira i jego sztuki. Moja kochana A. zabrała mnie do Stratford-upon-Avon, miasteczka, w którym urodził się i jest pogrzebany William Szekspir.
Dom rodzinny Szekspira
i jego grób
I oczywiście w Londynie stanęłam pod teatrem Szekspira, Globe.
SHAKESPEARE'S GLOBE
w deszczu
foto by A.
I ostatnie zdjęcie związane z Szekspirem, lekko ;)
W tle różowy plakat z Martinem Freemanem, grającym tytułową rolę w Ryszardzie III Szekspira na deskach Trafalgar Studio.
foto by A.
Odwiedziłam też miejsce, które nie leży na trasie typowych wycieczek po Anglii. Na Cmentarzu Wolvercote w Oksfordzie pogrzebany został mój ukochany pisarz i Mistrz.
Tabliczki informacyjne prowadzą od samego wejścia na cmentarz
Oczywiście nie mogłam przegapić pewnych drzwi w Londynie :D
221B Baker Street
Trafiłam też do National Gallery w Londynie. I choć pełna jest wspaniałych dzieł, to na miejsce na tym blogu zasłużyło tylko jedno dzieło.
The Fighting Temeraire tugged to her last berth to be broken up, 1838
Pierwszy odcinek ma wszystko, co kochamy w 'Sherlocku' i jeszcze więcej.
Sherlock powraca wraz z nieodłącznym płaszczem, czarnymi, nieujarzmionymi lokami i swoim niesamowitym umysłem, kościami policzkowymi, na których można się pociąć, (zbyt) ciasnymi koszulami.... ekhm... taaaaaak, trochę się czuję jak Molly Hooper.
John - porzuciwszy włochatostope wcielenie - przeżywa jakoś powrót swojego przyjaciela. Jest niezmiennie kochany, nawet jeśli jego wąsy przyprawiają wszystkich o dreszcze.
Staram się nie zdradzać za dużo, ale nie wiem czy się uda! Oczywiście odcinek jest niesamowicie świetny. Mamy zagadkę do rozwiązania, a oprócz tego dużo zaskoczonych twarzy, biegania po Londynie, jeżdżenia metrem. Dowiadujemy się też JAK... no powiedzmy, że się dowiadujemy JAK Sherlock upozorował swoją śmierć.
Poznajemy trochę bliżej Mycrofta, spotykamy Mary, widzimy kilka niespodziewanych pocałunków (i wcale nie te, o których myślicie!).
Dobra, będę szczera: nie jestem w stanie napisać obiektywnej, nie spojlerowej recenzji. Uwielbiam Benedicta i jego Sherlocka, Martina Freemana oraz Marka Gatissa (Mycroft). Gatiss i Moffat powinni brodzić w Baftach i myśleć nad kolejnymi seriami dzień i noc!
Fanów nie muszę przekonywać. Wiem, że już widzieli ten odcinek i go kochają :D
Wszystkich, którzy nie znają tej wersji 'Sherlocka' szczerze zachęcam do obejrzenia wszystkich dostępnych serii po kolei - bo nie da się zaczęć od 3 serii, za dużo namieszane.
John: I'm definitely going to kill you!
Sherlock: Oh, please. Killing me, that's so two years ago!
Plany były inne, ale jak to w moim życiu - plany sobie, rzeczywistość sobie.
Te święta były dla mnie bardzo nieprzyjemne. Nie miałam ani sił, ani ochoty oglądać niczego, wszystko co zobaczyłam to 1 sezon 'Star Trek Następne pokolenie' oraz pół 'Szóstego zmysłu'.
Więc mimo wielu świetnych podpowiedzi ten post będzie o......... Hobbicie!
M. (niech jej będą dzięki) wyciągnęła mnie w ostatnią niedzielę roku 2013 do kina na 'Hobbita Pustkowie Smauga'.
Nie będę się rozpisywać ani wchodzić w szczegóły. Już po pierwszej części zwątpiłam w Jacksona, choć przecież LOTR mu wyszedł.
Poszłyśmy na wersję 2D, co sprawiło, że moje oczka przetrwały, ale sam film wygląda, że stracił na jakości.
Choć ogólnie Hobbit jest słaby. Zresztą nie ma się co dziwić, gdy malutką książeczkę dla dzieci próbuje się przerobić na 3 filmidła.
Film jest przegadany, upchany rzeczami, które w książce były jedynie wspomniane - jak wizyta Gandalfa w Dol Guldur oraz rzeczami, których nie było w książce wcale - jak Legolas i spółka (staram się za dużo nie zdradzać).
Oczywiście trzeba poprawić Mistrza (tj. Tolkiena) i wspaniała scena, w której Bilbo wodzi za nos pająki została zmieniona w nudnawe miotanie się w pajęczynach... i tak dalej i tak dalej.
Na szczęście da się ten film oglądnąć, mimo zmasakrowania oryginały. Widoki jak zwykle wspaniałe, walki, choć wzięte znikąd, dobre, aktorzy - niezaprzeczalnie świetni.
Martin Freeman (Bilbo) oraz Ian McKellen (Gandalf) jak zawsze grają cudnie.
Chłopaki od Krasnoludów bawią nas, a ci od Elfów są gładcy i śliczni jak należy.
Nie możemy zapomnieć o Smaugu. Technicznie - świetny, ale świetne smoki widzimy w kinie już od 1996 roku (Ostatni smok). Niewiele zostaje dla aktora w przypadku, gdy cała postać jest wykreowana komputerowo. Tu najistotniejszy był głos, czyli Benedict Cumberbatch, którego głos jest zdecydowanie stworzony do mrocznych postaci :D
Generalnie - fani powinni oglądnąć, żeby mieć na co narzekać. Tym, co nie znają oryginały - film powinien się spodobać, jeśli pierwsza część się podobała. Ci co nie lubią fantasy - po co byście szli na to??? Toż to fantasy w najczystszej formie.
Mam dwa pytania:
1. Czy ktoś, kto widział to w 3D, mógłby się podzielić opinią, co do efektów komputerowych? Bo w 2D nawet koń im wyszedł koślawo (po co robić konia komputerowo? zwykłego już nie można sfilmować? )
2. Dla wiernych fanów Mistrza J.R.R. - czy tylko mi wydaje się, że Mroczna Puszcza nie była całkiem uschnięta, miała zielone liście, a nie brązowe? W scenie z motylami mnie to uderzyło. Ma ktoś pod ręką 'Hobbita'? Cytatu potrzebuję.
Niedziela za nami, więc czas na posta filmowego. 3 filmy 3 różne motywy przewodnie
1. The World's End
Wydawałoby się prosta brytyjska komedia o paczce przyjaciół, którzy próbują znów poczuć się młodo.
Wyprawa od baru do baru zapowiada się nieskomplikowanie, spodziewamy się spotkań ze starymi znajomymi, jakiejś bójki z dawnym wrogiem z liceum i nieskomplikowanych gagów o seksie i alkoholu.
I tak się to toczy, aż do momentu, gdy twórcy filmu serwują nam niespodziewany zwrot akcji i zaczyna się lać krew, niebieska bo niebieska, ale umówmy się, że krew.
Miałam się uśmiać, oglądając ten film. Ale się nie uśmiałam. Splątanie poważnego w gruncie rzeczy losu alkoholika, szukającego jakiegoś punktu zaczepienia, jakiegoś głazu na dnie, żeby się odbić, a może po prostu dna, żeby już całkiem utonąć z głupawą historyjką o inwazji nie zaowocowało świetną komedią jakiej się spodziewałam po zapowiedziach. Wyszła przeciętna komedyjka.
Całość napędza Simon Pegg, który szerszej widowni znany jest jako Scotty z filmowego "Star Treka". Poza nim jeszcze Martin Freeman, do którego niezmiennie przylgnęło w moim umyśle słowo "pocieszny" - nie ważne czy strzela, morduje czy gra w zagadki.
Niepodzianka: mamy też tutaj Pierce'a Brosnana
Rozczarowałam się, nic specjalnego moim zdaniem.
2. World War Z
Do mojej listy filmów o zombie dołączyła pozycja, którą obejrzałam z dwóch powodów [muszę wymienić, bo zawsze powtarzam, że nie lubię filmów o zombie]. Powód pierwszy: Brad Pitt, powód drugi: M. poleciła. :D
Jak na film o zombie - całkiem, całkiem. Nie jest szalenie oryginalny, ale trudno o to w tym typie kina.
Główny bohater , który oczywiście już NIE pracuje w wojsku/ONZ, zostaje zmuszony przez okoliczności do wielkiego kejm baku i uratowania swojej rodziny aka. świata.
Nie jest zaskoczeniem, że po wielu walkach, poświęceniach i ranach udaje mu się. Oraz udaje się zakończyć film tak, że następną część można dokręcić bez wysilania się na nieprawdopodobne wskrzeszanie zmarłych bohaterów.
Zaskoczyło mnie to, że Brad zagrał w filmie o zombie. Grał w różnych filmach, niektóre to już klasyka, jak "Fight Club" czy "12 małp", ale jakoś sobie go nie mogłam z zombie wyobrazić. A udało mu się zagrać na poziomie, nie jako jakiegoś prawie super-żołnierza, ale inteligentnego, zdeterminowanego i doświadczonego wojownika. Film nie zmienił się w jakiś kompletny badziew i cokolwiek by nie powiedzieć o scenariuszu - polecam.
Film niesie też ważne przesłanie - jak Ci doświadczeni żołnierze mówią: zdejmij palec ze spustu - to zdejmujesz, zwłaszcza jak leje, jest ciemno, a Ty srasz ze strachu w gacie :D
3. The Rite/Rytuał
Problem z filmami o egzorcyzmach jest taki: kto obejrzał "Egzorcystę"/"The Exorcist" z 1973 roku, czyli klasykę gatunku, obejrzał już tak naprawdę wszystkie filmy o egzorcyzmach ever.
[Jedynym wyjątkiem jest "Constantine", ale ten film to całkiem inna para kaloszy.]
Ja mam jeszcze jeden problem z tym typem filmów: nie wierzę, więc jest to dla mnie fikcja, a co za tym idzie film musi mnie jakoś inaczej zainteresować, nie tylko domniemaniem prawdziwości samego opętania.
Film nie jest wybitnie straszny, ani genialny, ale nie nudzi. Hopkins i O'Donoghue podnoszą nieco jakość filmu dobrym warsztatem aktorskim. Jak się lubi takie filmy to można popatrzeć.
:*
PS. "Riddicka" polecam wyłącznie fanom postaci bądź aktora - sama fabuła za bardzo jak na mój gust przypomina "Pitch Black", choć piesek cudowny :D i Vin też cudowny
Większość, które polecałabym już się skończyły, albo nawet zostały anulowane bardzo szybko. Ale spróbujmy, może jakoś je posegreguję:
1. Miniseriale:
- The Spies of Warsaw/Szpiedzy w Warszawie: ujdzie. Oglądnęłam, no bo pasuje oczywiście oraz z powodu Davida Tennanta, którego lubię i cenię. Nie przepadam za filmami historycznymi, a zwłaszcza za kolejną odgrzewką z ciężkich czasów II wś, ale zaciekawiło mnie spojrzenie innych na naszą historię. Można oglądnąć w wolnej chwili.
- Single Father: również David Tennant. Tym razem jednak polecam zdecydowanie. O życiu i ludziach, którzy mają właściwie normalne problemy oraz o miłości, stracie i o dzieciach. Wzruszający, jeśli momentami lekko naiwny.
- Wallander - na podstawie książki, kryminalnej, szwedzkiej, 3x3 odcinki, w roli głównej genialny szekspirowski aktor Kenneth Branagh, którego mniej zainteresowani klasyką mogą kojarzyć z HP oraz (dla mnie zaskoczenie) współreżyser marvelowskiego Thora. Polecam - momentami genialny, zdjęcia potrafią powalić na nogi, ciężki, depresyjny, pod koniec 3 serii miałam ochotę sobie żyły podciąć. Do tego mają słabego tłumacza na polski: gdzieś na promie do naszej ojczyzny wisi napis: 'wating room - czekanie sali' :D google translator?
- Alice/Alicja - 2 odcinki, świetny, wprawdzie to nie Burton, ale i tak dobra zabawa dla wszystkich z klubu "we are all mad here'
- Sherlock - bosze bosze, kiedy w końcu ta trzecia seria, ja rozumiem, też bym wszystko rzuciła, żeby zagrać w czymś od Tolkiena, ale ile można męczyć ludzi? No ile?? [o serialu wcześniejszy post]
2. Anulowane/1 sezon:
- The Unusuals/Komisariat drugi - zaczęłam z powodu Jeremy'ego Rennera. Świetny jest, dziwaczny humor, ale tylko 10 odcinków i nie ma szans na więcej. Jedną z ról gra ta laska, co w Housie była taką dziwną, superinteligentną świętoszką (nie wiem jak ją tam zwą, ale tutaj, w serialu gra o niebo lepiej)
- Moonlight/Pod osłoną nocy - nie skończyli nawet pierwszego sezonu. O wampirach, ale widać bez błyszczących nastolatków nie da rady. Raczej przyjemna ciekawostka dla fanów krwiopijców, ale można, można. :)
- Vexed - są dwa sezony, ale ja obejrzałam tylko pierwszy. Ponoć w dwójce zmieniają aktorkę - czyli dobrze, że nie oglądałam. Ale pierwszy mi się podobał, można się pośmiać.
- The Finder - kochałam ten serial, ale nie zdołał się obronić - tylko jeden sezon. A potem umarł grający w nim Michael Clarke Duncan (Zielona Mila) i teraz to i tak nie warto kontynuować. Główny bohater jest genialnym świrem - (czyli obok genialnych antybohaterów- mój ulubiony typ).
- Firefly - nieco kiczowaty serial SF, ale mnie się podobał. Jest do tego nakręcona pełnometrażówka 'Serenity'. Trzeba lubić te klimaty, żeby strawić.
3. Zakończone (i w większości sławne) - tutaj będzie więcej.
- te, których nie trzeba przedstawiać: Z archiwum X, That 70's Show/Różowe lata 70-te, Przyjaciele - te w całosci, Dr House, Dexter, CSI - częściowo, w końcu się mi znudziły.
- The Hour/Czas prawdy - wspomniany gdzieś wcześniej przy okazji Bena Whisawa - absolutnie trzeba obejrzeć, chyba że próbuje się rzucić paleni = wtedy nie!
- Six Feet Under/Sześć stóp pod ziemią - 5 sezonów o rodzinie grabarzy. Jedną z głównych ról gra Michael C. Hall, (lepiej znany jako Dexter). Cały serial przesiąknięty jest cieniem śmierci, bohaterowie są trochę skrzywieni, ale przez to prawdziwsi. Humor i łzy. Oglądnęłam go praktycznie na raz: nie miałam pracy, ktoś mi bliski leżał w ciężkim stanie w szpitalu i nie mogłam spać. Myślę, że popłakałam się kilka razy. Zdecydowanie polecam.
- Two and a Half/Dwóch i pół - uwielbiałam, póki nie wypierniczyli Charliego. Goły tyłek Kutchera to nie powód by oglądać serial, więc przestałam. Ale część z Sheenem, kiedy nie wiadomo, czy to rola czy Sheen jest naprawdę pijany jest rewelacyjnie zabawana.
- Fringe - zaczęli jako pokłosie Archiwum X, potem było coraz dziwniej i mniej logicznie. Oglądnęłam wszystkie 5 sezonów, ale to głównie z sentymentu do miłych bohaterów. Można spróbować, jeśli się lubi SF, ale ogółem niezbyt wybitnie.
- The 10th Kingdom/Dziesiąte królestwo - jeden sezon, ale dlatego, że historia została zakończona. Bardzo dobry serial fantasy, choć z niskim budżetem, warto obejrzeć, przeuroczy Scott Cohen jako Wilk.
- Torchwood - jeśli się lubi Doktora Who, a chciałoby się zobaczyć coś bardziej dla dorosłych polecam Torchwood. Homofobom odradzam - i idąc tym tropem:
- Queer as Folk (USA version - Brytyjczycy stchórzyli bardzo szybko, szkoda się kłopotać) - tu z góry ostrzegam - główni bohaterowie to w większości homoseksualiści obu płci. Nie ma owijania w bawełnę, bardzo dużo seksu, ale też sprawy jak coming out, AIDS, adopcja dzieci, narkotyki, homofobia. Warto oglądnąć, jeśli nie ma się problemu z dość dosadnymi scenami. Jedną z głównych ról gra Gale Harold, którego też można ponoć zobaczyć w Gotowych na wszystko. Temat kontrowersyjny, ale dali radę - 5 sezonów.
4. Się toczą i je oglądam:
- Bones/Kości - 8 sezon, wciągam jak uzależniona, oczywiście się pogorszył, ale nadal zajmuje moją uwagę. Główna para bohaterów świetnie zsynchronizowana :) Uwielbiam przy nim jeść, zwłaszcza jak znajdują jakieś wpół nadgniłe szczątki. ;) Polecam.
- Body of proof/Anatomia prawdy - myślałam, że nie będzie 3 sezonu, ale ruszyli. Niestety nie ma już jednego z moich ulubionych bohaterów, więc nie wiem, jak długo będę oglądać. Jak wyżej, lubią się mamrać w ciałach ofiar przestępstw.
- Grimm - fantasy, środek drugiego sezonu. Nierówny, czasem świetny, czasem zbyt przewidywalny. Oglądamy z M.głównie dla Kapitana (Sasha Roiz). Trzeba samemu spróbować, może przypaść do gustu (serial, nie Sasha. Sasha przypadnie na pewno)
- Arrow - słaby, słaby, o dziwo drugi sezon kręcą. Znów wraz z M. głównie opaczamy głównego bohatera, który ma w kontrakcie przykaz, że w każdym odcinku musi przez 10% czasu być pół nagi - i myślę, że to mu nakręca popularność, w sumie [puściła sobie kawałek] jestem tego pewna.
- Supernatural/Nie z tego świata - oglądam, ale serial umiera. Fantasy, Jensen Ackles, Misha Collins - więc da się oglądać mimo, że to już 8 sezon. A ponoć będą następne...
- Doctor Who - to też serial dla z lekka uzależnionych od specyficznego SF. Współtwórcą jest
Steven Moffat (geniusz od Sherlocka). Podróże w czasie i przestrzeni, kosmici, mutanci, David Tennant, Matt Smith, humor, dinozaury, konwencja serialu sprawia, że można upchnąć tam wszystko. Osobiście bardzo lubię, ale nie każdemu się spodoba.
- Gra o tron/Game of Thrones - hmmm, oglądam, ale wielkim fanem nie jestem. Zaczęło się ciekawie, ale - bądźmy szczerzy - jak mi ktoś wycina ulubionych bohaterów zanim zdąży okrzepnąć we mnie moje przywiązanie do nich - to mi się nie chce oglądać dalej, zwłaszcza, że małego sadystycznego dzieciaka nikt jakoś nie chce usiec. I co z tego, że tak jest w prawdziwym życiu, że podłe charaktery radzą sobie lepiej? Życie to ja mam na co dzień, nie po to oglądam seriale :D
Pierwsza powieść o Sherlocku Holmesie (‘A study in Scarlet’)
została wydana 125 lat temu. Dzisiaj nie ma chyba na świecie człowieka, który
nie słyszał o tym detektywie, wymyślonym przez sir Arthura Conana Doyle’a.
Jak większość mieszkańców naszego globu, wiem
czego się spodziewać, kiedy zasiadam przed ekranem dużym czy małym, zabierając
się za oglądnięcie takiej czy innej interpretacji powieści sir Arthura.
Dziś będę prawić o 3 (technicznie rzecz biorąc 4) takich interpretacjach.
Sherlock Holmes i Sherlock Holmes:
Gra cieni w reżyserii Guya Ritchie’go, w rolach głównych: Robert Downey Jr. I Jude
Law.
Sherlock – serial BBC – Benedict Cumberbatch i Martin Freeman.
Elementary – serial – Jonny Lee Miller i Lucy
Liu [sic!]
Ogólnie oczywiście wszystkie te filmy/seriale są o tym
samym. Nie ma potrzeby przywoływać tu fabuły.
To to, co je różni, jest najbardziej interesujące.
Wersja kinowa jest wspaniałym kinem akcji. Zapiera dech
wszystkim, co najlepsze w gatunku. Pościgami, wybuchami, strzelaninami,
bójkami. W angielską w gruncie rzeczy opowieść wnosi sporą dawkę amerykańskiego
szaleństwa. Pierwsza część rzuciła mnie na kolana. Jeśli jest troszkę nieprawdopodobna
i nie całkiem realistyczna, trudno, nie szkodzi, nie zależy mi i nie
zauważyłam. :D
Druga część oczywiście trochę mnie się podoba, ale myślę, że
nie dlatego, że jest gorsza, tylko po prostu już widzieliśmy do czego chłopcy
są zdolni i element niepewności zniknął.
Robert i Jude, którzy nie znali się wcześniej i spotkali się
pierwszy raz na planie, stworzyli wspaniałą parę głównych bohaterów, świetnie
dopasowanych i niezwykle współgrających ze sobą w filmowej rzeczywistości.
Natknęłam się na wywiad z Johnnym Deppem, który mówi o Robercie Downeyu
– Bob. Trochę to brzmi jak
profanacja. :D
Wersja Guya trzyma się czasów w których, według autora
książek, działał Holmes. Tymczasem serial BBC, (który kocham!) przenosi nas
radośnie do współczesności, będąc nadal na wskroś angielskim i ‘sherlockowym’.
Oddanych fanów klasycznego Sherlocka musiała ta wersja
przyprawić o palpitację serca, tak myślę. Sherlock gubi swoją fajkę i czapkę, a
zyskuje smartfona i laptop.
Niestety nie jestem zdolna na w miarę obiektywną ocenę tego
serialu. Gdyby ktoś próbował coś zarzucić tej produkcji, staje się moim wrogiem
. ;)
Żarty żartami, ale jestem fanką i czekam na trzecią serię
jak spragniony wody na pustyni. Że też Martin musiał zagrać Bilba :| [nota
bene: bardzo dobrze zagrał].
Żeby było jasne: Benedict jest najlepszym Holmesem na
świecie.
“I'm not a psychopath,
I'm a fully functioning sociopath. Do your research.”
Oh, nie ma wątpliwości, jego Sherlock jest socjopatą. Na
pewno zna definicję słowa ‘empatia’ (chyba, że zabierała za dużo miejsca), ale
jest mu ona obca. Watson staje się momentalnie filtrem między nim, a zwykłymi
ludźmi o przeciętnej inteligencji. Myślę, że bez Watsona nie dałoby się lubić
tego Sherlocka.
Dodatkowym plusem jest Benedict, a właściwie to jak wygląda
w serialu.
"Look at
those cheekbones, I could cut myself slapping that face"
Więc oczywiście polecam wszystkim ten serial, ponieważ zaś
go kocham i jestem wobec niego bezkrytyczna, to ostrzegam: jeśli się wam nie
spodoba, nie mówcie mi o tym!
W oczekiwaniu na trzeci sezon poszukiwałam czegoś, co
zaspokoi mój głód ‘Sherlocka’. Trafiłam na serial ‘Elementary’. Pierwszym
wrażenie przy czytaniu jego opisu było zaskoczenie i niechęć. Twórcy serialu
znów osadzili Sherlocka we współczesności. Tym razem poszli jeszcze dalej i
wydarli go brutalnie z Anglii. Osadzili w Nowym Jorku i przykleili mu dr JOAN
Watson (Lucy Liu). Sherlock nadal jest Anglikiem, ale mieszka sobie i działa w
USA.
Oglądam ten serial. Ale szczerze mówiąc nie traktuję go jak
serial o Sherlocku.
Jest to względnie dobry serial kryminalny. Aktorzy… dają
radę.
Oprócz całej tej amerykańskiej otoczki (nie wiem jak
Sherlock mógłby to znieść), najbardziej przeszkadzają mi relacje między
głównymi bohaterami. A raczej ich brak.
Nie wiem, czy problem leży w płci bohaterów, czy po prostu w
ich umiejętnościach aktorskich.
Ale nie ma tam żadnej chemii między Sherlockiem a Joan. I
nie mam na myśli chemii w znaczeniu napięcia seksualnego. (Zresztą takiej też
nie ma) Watson jest zawsze i wszędzie kompletnie hetero, a Sherlock…
Orientacja Holmesa w filmie nie wzbudza żadnych wątpliwości.
W serialu BBC zaś sugeruje się nam, że Sherlock jest aseksualny, co moim
zdaniem pasuje najlepiej do jego socjopatycznej osobowości.
Więc nie, nie mówię o chemii miedzy bohaterami na tym
poziomie. Detektyw i doktor powinni być jak stare małżeństwo, znający się
bardzo dobrze, kończący po sobie zdania, działający jak jeden mechanizm. Może
nawet uzależnieni od siebie. Bo choć w filmie Watson bierze ślub, to widać, że
rozstanie z Holmesem jest jak rzucanie paleni. Zresztą się nie udaje. A w
serialu Watson zawdzięcza Sherlockowi zdrowie psychiczne, jakkolwiek by to się
dziwne nie wydawało, a może nie zdrowie a równowagę. Holmes uwalnia go od
fizycznych objawów PTSD oraz wnosi w jego życie nieodzowną dawkę adrenaliny.
Filmowy Holmes nie ma zamiaru rzucić palenia – Watsona.
Wydaje się nie rozumieć, dlaczego miałby to zrobić. Serialowy detektyw wie, że Watson
jest jego jedynym prawdziwym przyjacielem i stał się nieodłącznym elementem jego
świata.
Joan Watson wydaje się być dobra dla Sherlocka, a Sherlock
dla niej. Ale nie odnosi się wrażenia, że nie daliby rady żyć bez siebie.
Przeciągają swoje życie razem, ale Sherlock uczy ją jak być detektywem, jakby
zamierzał pewnego dnia się spakować i wrócić do Anglii. Są przyjaciółmi, ale
brak mi tu elementu uzależnienia, nieodzowności bycia tuż obok, która sprawia,
że się normalnie funkcjonuje.
Moja rekomendacja jest tu jasna: najpierw BBC, potem Bob Downey, a ostatecznie, z braku laku "Elementary'.