HOME  |  FILM   |  KSIĄŻKA  |  PODRÓŻE

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2022

Myśląc o Bieszczadach

Tak blisko, tak daleko. Bieszczady po drugiej stronie granicy, Krzysztof Potaczała


Ta książka to nie jest tak po prostu reportaż. To sentymentalna podróż w czasie, podczas której autor próbuje z całych sił cofnąć się do przedwojennej rzeczywistości. 


Jak podwójnie naświetlona fotografia, na której spod obecnych ruin i chaszczy przebijają się cienie przeszłości, gzymsy dawnych budynków, zarysy postaci. Ciężko przeprowadzić wywiad z duchami, a na wysiedlonych i zniszczonych terenach mamy do wyboru albo duchy albo obecnych mieszkańców, którzy są niczym egzotyczne rośliny posadzone na europejskiej ziemi, rosną dobrze, ale korzenie mają płytkie. Bieszczadzcy Ukraińcy nie pamiętają dwudziestolecia, ciężką kurtyną przysłoniętego przez wojnę i czasy ZSRR. 


Historia konfliktów Ukraińcy/Polacy nie jest jednoznaczna i nie jesteśmy bez winy. Nacjonalistyczne zapędy Ukraińców są i były naturalne dla każdego świadomego odrębności narodu. Agresywność ich działań nie wzięła się z niczego, i nawet jeśli pod wpływem różnych czynników rozpaliły się do okrutnej czerwoności, to jak każdy zryw o wolność i niepodległość musi w każdym świadomym Polaku wywołać choć odrobinę empatii - ileż to takich zrywów w naszej historii... 


Oba narody, niesione falami historii, podparte karabinami i rękoma nazistów i komunistów, szarpały się nawzajem, niczym podjudzanie do walki psy. Trudno nie zacząć się zastanawiać, jak wyglądałby stosunki polsko-ukraińskie, gdyby nie obie wojny światowe i oczywiście czasy ZSRR.  


Losy przygranicznych, a często w przeszłości granicznych i podzielonych bezdusznie na pół granicą miejscowości to historia zmarnowanych przez wojnę i późniejszy komunizm szans. Szans na kurorty, turystów, przejście graniczne i na inny sposób życia, na korzystanie z potencjału gór w pełni. 


Każda miejscowość jest w swej historii podobna, po międzywojennym spokoju, a często po kiełkującym rozwoju turystyki nadchodzi czas zły, czas wojny, niepokój, nienawiści i biedy. Zduszone w tym okresie pędy wyciągające się niegdyś ku lepszemu, ku nowszemu zdają się martwe, mimo że nadeszła odwilż wolnej Ukrainy. W kontraście do strony polskiej, gdzie Bieszczady są w tej chwili tak popularne i wręcz zadeptane przez turystów, ukraińskie wioski i miasteczka pozostają w bezładnym letargu i "niechciejstwie". 


Ten brak rozwoju i zarastanie nie jest jednak całkowity. Choćby Striłki i Topolnica - tam udało się coś zmienić, wyasfaltować drogi, ogarnąć szkołę. Wyrwać się z stuporu. 


Pytaniem pozostaje jak zawsze - co dalej? Z ukraińskimi Bieszczadami, z Ukrainą, z naszymi sąsiadami Ukraińcami no i też trochę z nami samymi. 


W.

piątek, 10 stycznia 2020

Na Dachu Świata. Ale rysowanym


Nigdy nie byłam fanką gloryfikowania wspinaczki wysokogórskiej, a życie tylko dostarczyło mi powodów do pogłębienia mojego sceptycyzmu. Czy myślimy o zdobywaniu szczytów jako o sporcie ekstremalnym, czy o poszukiwaniu dreszczyku i zaspokajaniu głodu adrenaliny, powinniśmy podchodzić do tematu jak najbardziej obiektywnie i zdroworozsądkowo. A ja uznaję, że to ryzykowanie życiem i niebezpieczeństwo zostawienia swoich bliskich z gorzkim poczuciem, że opuściliśmy ich na zawsze z dość błahych powodów. Wiem, że to temat kontrowersyjny.

Dlatego z wahaniem brałam do ręki książkę Everest. Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Niesamowita historia, wiedząc, że trafi ona głównie w dziecięce dłonie, choć przeznaczona jest – według blurbu Martyny Wojciechowskiej – zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Dodałabym, że zdecydowanie dla starszych dzieci, biorąc pod uwagę ilość i poziom tekstu. Mnie, jako dorosłej, czytało się ją nawet przyjemnie.



Od strony graficznej pozycja jest pięknie dopracowana. Joe Todd-Stanton – brytyjski artysta, laureat licznych nagród – prostymi, ale chwytającymi za serce grafikami pomaga opowiedzieć historię tego wejścia,a wręcz pokuszę się o tezę, że to on jest tutaj bajarzem, a tekst Alexandry Stewart tylko dodaje trochę szczegółów do całej opowieści. Błękitna kolorystyka przywołuje na myśl górskie krajobrazy, a uśmiech rysunkowego Szerpy rozgrzewa. Ilustrator nadał całkiem poważnemu przecież opowiadaniu lekkość i posmak zabawy.

Jak wspomniałam, Niesamowitą Historię czyta się płynnie i łatwo. Starannie przetłumaczony tekst prostym, ale też pięknym językiem przybliża nam pierwsze wyjście na Everest oraz sylwetki dwóch zdobywców. Z myślą o dzieciach autorzy zadbali, by przedstawić wszystkie ciekawe kwestie, jak nakład pracy potrzebny do zrealizowania takiego przedsięwzięcia, historię nieudanych wypraw i niebezpieczeństwa grożące wspinaczom. Pisarka bez owijania w bawełnę wspomina tych, którzy zginęli, próbując sięgnąć po tak długo niezdobyty szczyt.

Tu właśnie mam mieszane uczucia: wydaje mi się, że ten poważny i kontrowersyjny temat przyjął w Niesamowitej historii zbyt lekki ton. Jak by na to nie patrzeć, zdobywanie ośmiotysięczników to w równym stopniu przygoda i poważne ryzyko. Być może to jednak dorosły, czytający tę historię najmłodszym, jest odpowiedzialny za położenie nacisku na powagę sytuacji i całkiem możliwe, że przesadzam, a dzieciaki skorzystają, dowiedzą się sporo o historii światowego himalaizmu i nie rzucą się nagle zdobywać gór najwyższych. I może lepiej, biorąc pod uwagę, jak wygląda dzisiaj wspinaczka na Everest.

Historia pierwszych zdobywców Dachu Świata jest faktycznie niesamowita. Jeśli nie podziela się moich wątpliwości, warto książkę kupić, choćby dla pięknych ilustracji, języka, który wnosi dużo do zasobów słownictwa młodego człowieka, i ciekawej opowieści. Ta pozycja nieźle wpisuje się w biblioteczkę na początku kariery czytelnika literatury górskiej.

--
W







Alexandra Stewart, Joe Todd Stanton,
Everest. Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Niesamowita Historia,
wydawnictwo Wilga, 2019

Możecie kupić ją na ksiazkigor.pl

(recenzja opublikowana
na łamach magazynu Góry nr 271)

poniedziałek, 6 stycznia 2020

To nie demony, nie diabły... Gorzej. To ludzie. Albo i wy rzućcie grosza

Mówcie sobie, jak tam chcecie, ale ja jestem na tak. Na fundamencie jednego z najlepszych światów fantasy polskiej produkcji zrobiono coś, czego nie musimy się wstydzić, a wręcz powinniśmy się chwalić i promować, ile się da.

Obsesyjne porównywanie serialu do książkowego pierwowzoru jest wątpliwą rozrywką. Po co sobie i innym obrzydzać całkiem dobry serial? Ktoś, kto nie czytał książek Sapkowskiego ma generalnie gdzieś jakieś tam nieścisłości i czy Triss ma być ruda czy nie i czy jakieś tam zbroje wyglądają słabo.

źródło

Nawet jeśli esencji opowieści Sapkowskiego nie udało się dokładnie oddać to i tak uważam, że twórcy naprawdę się postarali. Ciężko jest film, który ma zapewnić rozrywkę, a więc z założenia pełen krwi, przemocy i seksu, nasycić gorzkim posmakiem życia, rozczarowaniem ludźmi czy tęsknotą do czegoś niezdefiniowanego. A taki jest właśnie Wiedźmin w książkach. Od czasu do czasu przebija się to i w serialu, gdy po raz kolejny Biały Wilk zostaje wychędożony przez życie, przeznaczenie i ludzi.

Sceptycznie podchodziłam do Henry'ego Cavilla jako Geralta, bo jestem wielką fanką Żebrowskiego w tej roli - jako jedynej dobrej rzeczy w tej całej porażce, jaką była polska produkcja. Ale jestem zaskoczona pozytywnie. Wielki jak góra, milczący, z cynicznym uśmieszkiem, z zaskakująco pasującymi białymi włosami i tyłkiem, który aż by się chciało klepnąć, Geralt Cavilla jest naprawdę fajny, nie razi i żal tylko, że do wyboru ma jedynie to nędzne, angielskie ‘fuck’. Ah, gdybyż tak rzucił czasem ‘kurwą’ czy ‘chędożeniem’... Nie mogłam patrzeć na niego w roli Supermana, tak tutaj zdecydowanie jest odwrotnie.


Oczywiście muszę też trochę ponarzekać.

Za muzykę odbieram jedną gwiazdkę. Zdecydowanie zabrakło im pomysłu na dobrą ścieżkę dźwiękową. Takie tam brzdękolenie w tle i tyle.

Kawałek o Złotym Smoku został spłycony, obcięty i generalnie zmarnowany. Rozumiem, że długie, filozoficzne pogawędki w balii mogą być nudne, ale naprawdę - chociaż byśmy popatrzyli na klatę Henry’ego przy okazji. I sam smok też dupy nie urywa, ale szczerze to przehandlowanie 5 minut smoka na jakość całego serialu wydaje mi się dobrą ceną. Takie mniejsze zło.

źródło


Jeśli chodzi o durne komentarze na temat koloru skóry aktorów - nawet nie chce mi się rozpisywać. Najprościej ujmując: nie ma to dla mnie znaczenia, wszystko to jest fikcja i równie dobrze mogliby być wszyscy fioletowi.


– Na moim sihillu – warknął Zoltan, obnażając miecz – wyryte jest starodawnymi krasnoludzkimi runami prastare krasnoludzkie zaklęcie. Niech no jeno który ghul zbliży się na długość klingi, popamięta mnie. O, popatrzcie. – Ha – zaciekawił się Jaskier, który właśnie zbliżył się do nich. – Więc to są te słynne tajne runy krasnoludów? Co głosi ten napis?
– „Na pohybel skurwysynom!”

Andrzej Sapkowski Chrzest ognia

--
W

(Argument, że wszyscy powinni być biali, bo to Słowianie lub jeszcze lepiej Polacy? Taaaa, a elfy ze szpiczastymi uszami to co? Wyemigrowały od Tolkien do naszych słowiańskich lasów? Ludzie to naprawdę mają problemy… )




sobota, 30 listopada 2019

Jakoś przeczekamy albo ludzie na odludziu






Anna Musiałówna fotografowała Barentsburg, polską stację badawczą w Hornsund, ale przede wszystkim życie w domku traperskim w Palffyodden. W ciągu 3 miesięcy pobytu zrobiła ponad 1000 zdjęć. Wybranie spośród nich kilku idealnych kadrów do niewielkiej książki towarzyszącej wystawie musiało być wyzwaniem. Wydawać by się mogło, że parę fotografii nie może wystarczyć do stworzenia opowieści, wzbudzenia zachwytu lub może zwyczajnie zainteresowania widza. Przeglądając strony Próby przeczekania wiatru, rzeczywiście od razu odczuwamy jakiś niedosyt i pustkę. Szybko jednak orientujemy się, skąd to uczucie… Nicość zieje z samych zdjęć  – z przestrzeni, nieba i ludzi. To samotność człowieka na zimnym, kamienistym i wietrznym skrawku ziemi. To uczucie, że nic nie jest pewne i że zdani jesteśmy wyłącznie na siebie. Wokół rozpościera się pustkowie, a Anna w czerwieni zerka na nas tylko od czasu do czasu. 
   
Rzeczywistość stacji badawczej jest obleczona w prawie nierealną, szaro-niebiesko-białą kolorystykę. Na tym tle – niepokojąco, niczym krople krwi – płonie kontrastowa czerwień kurtek i śpiworów. Wszystko inne zdaje się powoli blednąć i zlewać z kolorem lodowców: drewniane ściany domku traperskiego i czaszka wieloryba. Tylko nie kurtki. 
   
Jest 1981 rok i w całej Polsce strajki wybuchają niczym pożary. A Musiałówna jest zupełnie gdzie indziej, z grupką mężczyzn na zimnym wygwizdowie, nie wiedząc, co dokładnie dzieje się w kraju. Zamiast stać w tłumie i fotografować historyczne wydarzenia, łapie na kliszę zmaganie z szarą codziennością docierania się i współtrwania kilkorga ludzi, opieranie się surowości matki natury i przeczekiwanie. Jakie to musi być uczucie? Jak długo trzeba walczyć z podskórnym niepokojem i pragnieniem zerwania się, złapania za aparat i ponownego wkroczenia w tłumy? Czy 3 miesiące to wystarczająco, by szaro-pusta atmosfera północy wybieliła i wytłumiła uczucia i porywy, tak jak wyssała kolory ze wszystkiego dookoła? 



    
Kilka wybranych fotografii opowiada jednak wystarczająco dużo o ludziach na odludziu. Wyblakłe i wietrzne wybrzeże, lodowaty ocean, bure, brudne lodowce. Jest coś niesamowitego w samotności w takim krajobrazie, przytłaczającym i duszącym, gdzie równocześnie każdy oddech napełnia płuca bardziej, a spokój ducha jest na wyciągniecie ręki. 
   
Książka towarzyszyła wystawie Anny Musiałówny, Próba przeczekania wiatru. Fotografie ze Spitsbergenu. Do końca 2019 roku pierwszych 500 zdjęć poświęconych wyprawie z archiwum fotografki zostanie udostępnionych przez Fundację Archeologia Fotografii na portalu Wirtualne Muzeum Fotografii: fotomuzeum.faf.org.pl 


--
W





Anna Musiałówna,
Próba przeczekania wiatru,
Fundacja Archeologia Fotografii, 2019


(recenzja opublikowana 
na łamach magazynu Góry nr 270)








Anna Musiałówna (ur. 1948) W dzieciństwie mieszkała wraz z rodziną w Suchedniowie (woj. świętokrzyskie), gdzie jej ojciec - Marian Musiał - zawodowy fotograf, prowadził swój zakład fotograficzny. Wyjechała do Warszawy uczyć się w szkole baletowej, którą jako Artystka Baletu ukończyła w 1967 roku. Tańczyła na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie, gdzie zagrała m.in. rolę Mirty w Giselle i rolę Phrygi w Spartakusie. W związku z wypadkiem przedwcześnie zakończyła karierę baletową. Jej starszy brat, fotograf Maciej Musiał, namówił ją do wyjścia z aparatem na ulicę. Fotografia wkrótce stała się jej pasją i sposobem zarabiania na życie.

Jej pierwszy materiał ukazał się w “itd” w 1972 roku. Z pismem współpracowała przez kolejne osiem lat. Publikowała również w takich tytułach jak “Razem” czy “Na przełaj”. W latach 1979-1983 współpracowała z tygodnikiem “Przyjaciółka”. W fotografii skupiała się przede wszystkim na tematyce społecznej, w tym na historiach osób wykluczonych. Do najbardziej znanych prac Musiałówny należy m.in. seria poświęcona aborcji Minus 1 (1975), Osobowy II klasy (1978), czy Rodziny wielodzietne (1981).

Od połowy lat 90. jest związana z tygodnikiem “Polityka”, gdzie publikuje fotoreportaże o tematyce społecznej.

Laureatka wielu nagród z zakresu fotografii prasowej. Kuratorka wystaw fotograficznych prezentujących fotografie lat 70. i 80. Jej prace znajdują się w zbiorach Muzeum Fotografii w Krakowie oraz w Fototece ZPAF w Warszawie. Współzałożycielka Stowarzyszenia Dokumentalistów “Droga”. (za szerokikadr.pl)

poniedziałek, 17 czerwca 2019

No i co? I znowu Witkowski albo forma lepsza od treści

Kiedy koleżanka poleciła mi książkę Sekretne życie drzew (Peter Wohlleben) byłam sceptyczna, kiedy zaczęłam ją czytać lekko zaskoczyło mnie antropomorfizowanie drzew, ale całościowo książkę czytało się bardzo fajnie, lekko i z zaangażowaniem. Nie dziwię się jej sukcesowi, bo kto tak pięknie o drzewach pisał, z czyich słów płynęła taka miłość do lasu.




Na fali popularności tej właśnie książki pojawiło się na półkach księgarń mnóstwo podobnych dzieł. Do grona tychże chyba aspirowały również Drzewa, które wybrały Tatry. Piszę chyba, bo niestety sama lektura rozczarowuje. Dostajemy zebrane skrzętnie dość suche fakty, opisy legend, zasięgi występowania. Wszystko poprawnie i zgrabnie, ale nudno i jak w podręczniku. Do tego oprócz samych informacji o konkretnych sprawkach drzew w Tatrach, nie dowiedziałam się nic nowego. Być może za dużo wiem o drzewach. 

Ale nie porzucajmy nadziei. Bo oprócz suchego tekstu mamy jeszcze stronę wizualną, która to właśnie sprawiła, że kupiłam tę książkę. 




Pierwsze co się nam rzuci w oczy to okładka. A raczej okładki, bo możemy wybrać spośród 4 różnych: buk, świerk, limba i jodła. Jakie to ma znaczenie? Otóż każda to zdjęcie kory odpowiedniego drzewa, a do tego pod palcami wyczuwamy żłobienia, niczym na prawdziwej korze. I już każdy jest zainteresowany. Do tego mamy może niezbyt atrakcyjny, ale super wygodny grzbiet, który pozwala nam otworzyć książkę na płasko, bez niszczenia okładki. Jest to ważne ze względu na zdjęcia, ale o tym za chwilę. 
I jeszcze szycie składek zrobiono w kolorach TPN. Drobiazg, a łapie oko, zwłaszcza, że otwieramy szeroko karty i nić bardzo dobrze widać. 






Jeśli potraktujemy tę książkę jako album, z nieco za długimi opisami, możemy się skupić na zdjęciach, które mnie zachwyciły i layoucie, który podbił moje serce prostotą. 

Co tu dużo pisać, zdjęcia są piękne, idealnie dobrane, tak drzewiaste jak się tylko da. Otwieramy rozkładówki i możemy się zachwycać, bo nic nie ginie w grzbiecie. Marzenie. 




Nad layoutem może nie pochylicie się tak bardzo jak ja. Ale odpowiada za niego Bartłomiej Witkowski, nad którego kunsztem rozpływałam się już przy okazji Jednego dnia z życia Wielickiego. I tam i tu zachwyca mnie prostota. Wydaje się, że niewiele trzeba, żeby skład oddychał i był piękny, czytelny i pracował dobrze z treścią. Nie dajcie się jednak zwieść. Nie ma cięższej pracy niż prosty i minimalistyczny layout. 





Czy polecam. Do poczytania nie, do oglądania i dotykania TAK! 


__
W.




O drzewach, które wybrały Tatry.
Tomasz Skrzydłowski, Beata Słama
Projekt graficzny: Bartłomiej Witkowski

książkę można kupić online na ksiazkigor.pl albo w siedzibie księgarni na ul. Oboźnej 31 w Krakowie

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Dobry omen czyli dobry serial

Kiedy dwóch wielkich mistrzów zasiada wspólnie do pisania, oczywistym jest, iż czeka nas uczta dla ducha. Zarówno Neil Gaiman jak i Terry Pratchett należą - każdy odpowiednio w kręgu swojej twórczości - do mistrzów gatunku i moich ulubieńców. Gaimana poznałam czytając Nigdziebądź (Neverwhere), zaś od której części zaczęłam czytać serię Świat Dysku Pratchetta nie wiem, ale ją uwielbiam. 


źródło

Książka Dobry omen (Good omens) ukazała się w 1990 roku. Nie straciła od tego czasu nic ze swojej świeżości. Kto nie czytał książki zdecydowanie powinien zacząć od niej. Oczywiście nie jest to w żaden sposób konieczne do pełnego rozkoszowania się seria, ale jak każdy pierwowzór jest oczywiście najlepsza.

Każdy, kto czytał tę książkę, czy cokolwiek innego z dorobku Pratchetta albo Gaimana, wie, że warto zaprzyjaźnić się z serialem na podstawie ich twórczości. Połączenie pisarstwa/scenopisarstwa Gaimana i umiejętności pisania lekko o poważnych sprawach, plus genialne dialogi Pratchetta łączą się w książce i serii w wspaniała zabawę podszyta trochę powagą, myślą o tym, że wszystko mija i się zmienia. 

Dwóch najlepszych przyjaciół ratuje świat. Nie byłoby w tym koncepcie nic zaskakującego, wręcz jest to idea wtórna i wykorzystywana w filmie i literaturze niesamowicie często. Szkopuł w tym, ze nasi przyjaciele to anioł i demon. Znają się jeszcze z Edenu i poprzez milenia ich znajomość z czysto profesjonalnej przerodziła się w głęboką przyjaźń. 
Pomogło w tym zdecydowanie ich obopólne zamiłowanie do ziemskich rozkoszy, takich jak jedzenie, dobre książki, muzyka i samochody.  Może też trochę sentyment do nas. 
I te sielankę przerywa nic innego jak przyjście Antychrysta i Armagedon. Drobiazg. Kto inny jak nie anioł i demon mogą uratować świat? Zwłaszcza że zarówno Niebo jak i Piekło przebiera skrzydłami i kopytami w gotowości do zakończenia nierozstrzygniętego sporu z czasu Upadku. 


źródło

Ekranizacja Dobrego Omenu nie miałaby sensu bez idealnego dobrania aktorów. W tej chwili trudno byłoby mi wyobrazić sobie, że ktokolwiek inny mógłby zagrać Crowleya lepiej niż dziesiąty Doctor.
David Tennant jako demon jest zabawny, szatański i wyraźnie spędził za dużo czasu z ludźmi. Michael Sheen na pierwszy rzut oka jest tu słabszym punktem castingu. Ale jego pucułowaty Azirafal ze sztucznym uśmiechem i zamiłowaniem do jedzenia szybko okazuje się idealnym przeciwieństwem Crowleya.

A kiedy mamy już idealna główną parę bohaterów, super książkę i scenariusz, który nie możne być zły, jeśli napisał go Gaiman, to reszta po prostu toczy się sama.

Szkoda tylko, ze nie zdarzyli wyprodukować serii zanim Pratchett zmarł. 

Obejrzyjcie!

piątek, 31 sierpnia 2018

Śnieg i mróz na papierze. Wielicki do poduszki.

Czasem, żeby się wybić, trzeba przełamać konwencje. Czasem złamanie reguł się opłaca. Nawet jeśli marginesy są dziwne, okładka nie kusi barwami, czcionka trochę nie najwygodniejsza do czytania, papier szary, a kolory zdjęć odwrócone.














Wielkie W na białej okładce. Malutką czcionką Wielicki. Tyle. Od razu wiem, że ktoś ma dobry smak i ceni minimalizm w składzie jak i ja. W tym wypadku wiem kto. W tym wypadku fejm idzie w parze z efektami. Autor layoutu Jednego dnia z życia stawia na prostotę, otwartą przestrzeń stron i odbicie. Odbicie zdjęć, odbicie typowego układu strony. Skromna okładka, a potem puste strony i mgliste przestrzenie są niczym góry. Białe, groźne i pustelnicze. Z otchłani zawodowej perspektywy sięgam po Wielickiego z nutą zazdrości. Jeden dzień… jest lekki pod różnymi względami - wagowo i wizualnie. Kiedy spędza się dni mówiąc klientom: za dużo tekstów, za dużo elementów, za dużo, za ciężko, za za za… to taki mały tomik cieszy serce.

Przy czytaniu trzeba przywyknąć do nietypowej czcionki i układu. Ale nie trwa to długo. Objętościowo Jeden dzień... wydaje się spory, ale to zasługa przestrzenność składu. Samego tekstu nie ma tak dużo. Zresztą - jak czytamy - są to karty z dzienników. Treść jest konkretna i nie ma się nad czym rozpisywać.

Wielicki opracował swoje notatki z wypraw. Dodał im zapewne płynności, której może brakować tekstom pisanym na kolanie na 8 tysiącach metrów. Choć też nie wiem, czy da się w ogóle coś zanotować na takich wysokościach, czy da się utrzymać ołówek w zgrabiałej dłoni. Nie spodziewajmy się więc w tej książce długich, zawiłych i okraszonych szczegółami historii. Dla takich wrażeń raczej trzeba przeczytać Mój Wybór. Tutaj zaś dostajemy gołe fakty i zimne szczyty.

Zawsze czuję pewne zakłopotanie sięgając po książkę pod hasłem pamiętnik/dziennik. Piszemy przecież takie wspominki pod wpływem emocji i raczej dla samych siebie. Gdzieś w podświadomości zawsze pozostaje pytanie, czy autor naprawdę chce się z nami podzielić tymi zapisami. I czy ja naprawdę chcę wiedzieć tak dużo o autorze.

Tutaj jednak nie musimy obawiać się specjalnie bliskiego i intymnego kontaktu z autorem. Jeden dzień… nie odsłania głębokich czeluści duszy pana Krzysztofa. Oczywiście dostrzegamy, że śmierć kolegów na stoku budzi w nim głęboki smutek, a impertynencja i zadufanie amerykańskiego wspinacza drażni dobrze wychowanego i w gruncie rzeczy skromnego człowieka. Są to jednak reakcje, których się spodziewamy. Perfidnie chcielibyśmy przeczytać o tym, jak Wielicki chociaż w duchu pozwala sobie na jakąś złośliwość, jakieś wredne uwagi.

Ale nie są to pamiętniki, nie jest to strumień świadomości. Trochę jednak ta nagość faktów mnie uwiera - mimo mojej obawy, że byłabym takimi wyznaniami zakłopotana.


Przeczytałam Jeden dzień z życia w trzech kęsach. Dobrze się go czyta i dobrze smakuje zmęczonemu pracą duchowi. Nie zarwałabym dla niego nocy, ale uważam, że to lektura dla każdego zainteresowanego tematem wspinaczki na ośmiotysięczniki. Jeśli ktoś śledził zimową wyprawę na K2, a niekoniecznie chce się rzucać na głębokie wody szczegółów aklimatyzacji i innych poważnych tematów, przedsmak zmagań z najwyższymi górami ma w zasięgu ręki właśnie w dziennikach Wielickiego.

Można sobie codziennie przeczytać jeden dzień z którejś wyprawy, poczuć niepokojący oddech mroźnych molochów i zapaść w sen otuliwszy się ciepłą kołdrą. A jeśli przyśni się łopot zerwanej płachty namiotu czy grzmot odległej lawiny?

Przecież o to chodziło.


___
W.


Jeden dzień z życia
Krzysztof Wielicki
Kraków 2018
Góry Books

Projekt graficzny: Bartłomiej Witkowski

książkę można kupić online na książki gór.pl albo w siedzibie księgarni na ul. Oboźnej 31 w Krakowie


niedziela, 17 czerwca 2018

Jak mawia pewien astrofizyk: Świat nie ma obowiązku być dla ciebie zrozumiałym

Astrofizyka dla zabieganych Neil deGrasse Tyson


Myślę, że każdy, komu zdarza się zajrzeć na YouTube, doświadczył tego zjawiska - szukamy czegoś konkretnego, np. teledysku. A tajemniczy algorytm wyświetla nam propozycje kolejnych filmików, czegoś, co według tychże algorytmów, może nas zainteresować. Więc klikamy.
...
..
.

Kiedy następny raz podnosimy wzrok, jest 3 godziny później, a my właśnie skończyliśmy oglądać filmik o tym, jak pijany Polak na emigracji próbuje bezskutecznie założyć sweter, który jest tak naprawdę spodniami.

Za względu na to, że następuje jakieś zakrzywienie czasu, a nawet może i przestrzeni, myślę o tym zjawisku jako o efekcie czarnej dziury.

Wynikiem takiego mojego zetknięcia z czarną dziurą YT jest właśnie ten wpis.

Oglądając The Late Show with Stephen Colbert ( à propos polecam, genialny satyryk, ale też i dobry dziennikarz) trafiłam na rozmowę Colberta z starszym panem o specyficznym głosie i  - jak się szybko okazało - nieprzeciętnej inteligencji, wiedzy i talencie gawędziarskim. Wprawdzie facet ten jest astrofizykiem, ale jest też świadomy poziomu wiedzy przeciętnego Amerykanina (i również niestety mojej).



Astrofizyk ten nazywa się Neil deGrasse Tyson. Pracuje w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku, gdzie zajmuje również stanowisko kierownika Planetarium Haydena. Ukończył renomowaną Bronx High School of Science, otrzymał stopień licencjata nauk fizycznych
na Uniwersytecie Harvarda i doktora astrofizyki na Uniwersytecie Columbia. Mieszka z rodziną na Manhattanie.*

Przede wszystkim jednak, po pary tylko minutach słuchania jego rozmowy z Colbertem, zostałam  fanką Neila. Więc jak każdy szanujący się fan zaczęłam namiętnie oglądać wszystko, co się dało z panem Tysonem. Najpierw wszystkie jego rozmowy z Colbertem, a potem to już siuuup w przysłowiową czarną dziurę.

Jest to podróż o wiele przyjemniejsza niźli skok do prawdziwej czarnej dziury i przede wszystkim nie niesie za sobą śmiertelnych skutków, za to przynosi wiedzę z posmaczkiem rozbawienia i nadziei, że mimo ludzi uważających, że Ziemia jest płaska, nigdy nie wylądowaliśmy na Księżycu oraz nie uznających ewolucji [sic!], to jednak kiedyś nasz gatunek przestanie zajmować się zabijaniem siebie i naszej planety i wypełznie poza Układ Słoneczny.

Pan Neil mówi do nas o wszechświecie i my go rozumiemy. Ja go rozumiem. Mimo nieustających starań moich przeróżnych nauczycieli fizyki, którzy spędzili wszystkie te godziny w podstawówce i liceum na zniszczeniu we mnie jakiegokolwiek zainteresowania fizyką, a co za tym idzie astrofizyką, ostało się we mnie wystarczająco dużo informacji, głównie z matematyki (dzięki mamo), troszku z chemii oraz sporo z przeróżnych dzieł SF, które pochłonęłam do tej pory, jestem w stanie śledzić wywody pana Neila ze zrozumieniem. Nawet po angielsku (tutaj zdecydowanie dzięki różnym filmiszczom z Hollywoodu).

 Tyson wspomniał w którymś wywiadzie z Colbertem o swojej książce Astrofizyka dla zabieganych (Astrophysics for People in a Hurry). (Tutaj rzadki przypadek, gdy tytuł polski jest nawet lepszy niż oryginalny.) Oczywiście nie chodzi o to, że nie mamy czasu na słuchanie podcastów Neila, tylko o to, że nie mamy czasu nadrobić zaległości ze szkoły w tematyce astrofizyki.




Nie kupiłam oryginalnej wersji językowej, być może stchórzyłam niepotrzebnie, może zaopatrzę się kiedyś w e-booka po angielsku, żeby wypróbować moje kosmiczne słownictwo. W każdym razie zakupiłam sobie książeczkę - bo nie jest to opasły tom - i z przyjemnością wciągnęłam jej zawartość. Te kilkanaście esejów nie odbiega stylem czy poziomem skomplikowania od typowych wystąpień autora, kierowanych do przeciętnego, zainteresowanego astrofizyką człowieka. Damy więc sobie raczej radę ze wszystkim, co tam napotkamy. A jeśli nie, to zawsze możemy zapytać wujka Google lub ciocię Wiki o podpowiedź.

Osobiście musiałam sprawdzić, co to jest antycyklon i o co chodzi z tym helem na Ziemi. Wiedzę tę chyba posiadałam kiedyś, w czasach nauki, ale nie dałabym sobie nic uciąć :D

Jak można na pewno wyczytać z ekstatycznego tonu tego wpisu, polecam gorąco wszystko, co związane jest z Neilem deGrasse Tysonem. Książkę, która jest pretekstem do tego tekstu. Rozmowy Tysona z Colbertem (przykład poniżej) czy fajny kanał na YT: 



always look up!

W.

_______
* Neil deGrasse Tyson, Astrofizyka dla zabieganych, Kraków 2017, str. 207

środa, 14 lutego 2018

Czerwony? Zawsze mówcie 'burgund'. Albo z życia grafika.



Jak przestałem kochać design to świetna pozycja dla każdego kto ma (nie)szczęście spotykać się na co dzień z tym magicznym wręcz 'disajnem'. Czyli dla każdego! Każdy bowiem o design się ociera.

Cytując za wydawnictwem Karakter:
Marcin Wicha urodził się w 1972 roku w Warszawie. Grafik. Projektował (i projektuje) okładki, plakaty i znaki graficzne. Jego teksty ukazywały się między innymi w „Autoportrecie”, „Literaturze na Świecie” i „Tygodniku Powszechnym”. Przez kilka lat publikował cotygodniowe rysunkowe komentarze w „Tygodniku Powszechnym”. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”
i „Charakterami”. 
Laureat Paszportu POLITYKI za książkę "Rzeczy, których nie wyrzuciłem".Wydał kilka książek dla dzieci.




Ale ja polecam przeczytać tę książkę tym, którzy tak jak ja, siedzą po drugiej stronie projektowania. Grafikom oczywiście. Ale też każdemu project managerowi w biurze reklamowym, redaktorowi w czasopiśmie, szefowi w biurze architektonicznym...

Dlaczego? Nie ma bardziej satysfakcjonującego uczucia niż zgadzanie się z każdym prawie zdaniem kolegi po fachu. Pan Wicha z niejednym klientem się użerał, niejedną prawdę o designie zapisał w prostych i krótkich anegdotach. Niektóre niosą humor, niektóre nieco gorzką prawdę o naszym rodzimym zapleczu designerskim.

Każdy z nas ma takich historii multum. Któż nie dyskutował z klientem o kolorach, o cenach, o krzywych...

Polecam i dorzucam kilka cytatów dla smaku:



wszystkie fot. by me

W.



niedziela, 8 października 2017

Właściwie nie o wspinaniu albo Kręgi, drogi i życie

Kiedy spojrzymy w przeszłość trafiamy zawsze na jakiś moment, który obrócił nasz los dookoła osi i postawił nas na ścieżce, którą do dziś podążamy. 

Nigdy nie przeczytałabym książki Marka Raganowicza, gdyby dawno temu MM nie załatwił mi praktyk edytorskich w Górach. Ostatnie praktyki na studiach spędziłam w małym, zagraconym biurze, robiąc korektę przewodnika skiturowego Wojtka i podglądając Andrzeja, jak składa Góry.

Fast forward i właśnie ruszam ze składem kolejnego numeru Gór i kończę czytać Zapisanego w kręgach. (W życiu bym wtedy, w mroźnym lutym, nie wymyśliła, że będę te Góry składać i że będę z całym tym towarzystwem na przysłowiowe 'ty'.)



Nie przypadkiem rozpoczynam tę recenzję trochę sentymentalnym wspomnieniem. W taki właśnie nastrój wpędził mnie właśnie Regan swoją książką. Wspomnienia, lekko zatarte na krawędziach przez czas, niektóre ostrzejsze z powodu swej ciężkości i wpływu na życie, inne ciągle jeszcze niosące za sobą zapach jabłek, są esencją i siłą tego czytadła. Słodko-kwaśne, pełne walki ze sobą samym, światem i karmą/wolą boską.

Nie jest to książka o wspinaniu, nie całkiem, nie tylko... Jest o wspinaniu w odpowiedniej ilości, nawet dla takiej przyszywanej córki tego świata jak ja. Więcej jest – o wiele więcej –  przygody, podróży, codzienności, niesamowitych zwrotów akcji, muzyki i gorzkiego smaku porażki, z której się i tak musisz podnieść i pójść dalej, bo co innego zostaje?



Kiedy zaczynałam czytać, nie mogłam przegryźć się przez pierwszy rozdział. Ale potem wszystko poszło jak z płatka i zanim się obejrzałam, potknęłam się o KONIEC, z myślą, że niemożliwe, żeby to było już wszystko. Czego Regan nie widział i gdzie Go nie było! I czego nie robił...

Wśród trzymających w napięciu historii o wyprawach i przemycie, rzucają się w oczy krótkie akapity, które niosą za sobą dużo większy impakt niż niejedna opowieść o ścianie i lawinie kamieni.

Zaczęła mi grozić obowiązkowa roczna służba, przed którą broniłem się od dłuższego czasu, symulując depresję dwubiegunową, (…) W poczekalni nie było wielu petentów, a moją uwagę przykuł młody chłopak ubrany w nienagannie odprasowany mundur. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na jego twarzy widać było charakterystyczne cechy zespołu Downa. (s.128)

Następnego dnia rano przebrałem się w najbardziej elegancki garnitur, jaki kiedykolwiek miałem na sobie, założyłem pożyczone od kolegi buty i na przystanku przed akademikiem wsiadłem do autobusu 154. (…) W bazylice Franciszkanów było kilkoro znajomych i przyjaciół, rodzina i oczywiście państwo młodzi, czyli Ania i ja. (s. 129)

Kiedyś po przeczytaniu Chińskiego Maharadży zapisałam sobie w notatkach do nigdy nie napisanej recenzji, że lepiej żeby to była książka o wspinaniu, bo jak nie jest, to nie wiem o czym miałaby być.

Zapisany jest zdecydowanie nie o wspinaniu. I super i fajnie – każdemu ją polecam z całego serca. To było naprawdę przyjemne, wciągające i zabierające czas doświadczenie. 

Jak napisał Wojtek Kurtyka:

Brzmi nudnawo? Oj, nic bardziej mylnego! Zapisany jest niebezpiecznym złodziejem uwagi i wyobraźni. Czytam go podczas trudnej zawodowej misji na delhijskim Pahar Ganj – „Regana” i moim rewirze. I, cholera, robota mi nie idzie. Uwiedziony, już drugi raz wdeptuję w krowią kupę, mimo że stają się one w Delhi okazami równie rzadkimi, co romantyczne dusze we wspinaniu – jak Raganowicz.

__
W. 


PS Książkę można kupić na ksiazkigor.pl oraz w formie elektronicznej (pdf/mobi/e-pub) na Publio.
Swojej nie pożyczam :D



niedziela, 25 września 2016

...i dlaczego trawnik w USA jest taki ważny albo Cejrowski w butach na werandzie

Wojciecha Cejrowskiego traktuję trochę jak osobę z rozdwojeniem osobowości. Jedna osobowość to bosy podróżnik, którego gawędziarski talent szczerze podziwiam. 

(Druga to WC, którego podejście do świata, polityki i Kościoła wywołują u mnie agresywne wręcz odczucia...)

Książek więc bosego podróżnika mam kilka, a tę, którą właśnie skończyłam - pożyczyłam.

"Wyspa na prerii" nie jest typową książką z serii o Gringo, ale mimo odmiennego nieco klimatu, jest równie ciekawa i napisana z dawką humoru i ironii.

wydanie pierwsze, Zysk i S-Ka, 2014
 Możemy zobaczyć Wojtka po drugiej stronie jego życia, jak odpoczywa, a nie łazi po dżungli, zbiera siły. Siedzi na niebieskim krześle i rozmyśla nad różnymi dziwami Ameryki Północnej.

Warto tę drugą stronę poznać, posłuchać o Arizonie oczami obcego, który stara się wpasować, ale też całkiem nie zwesternować. 

Cejrowski wyraźnie znalazł swoje miejsce, oazę i dobrze mu tam. Niechaj więc sobie siedzi, byle by tylko nie zapomniał o dżungli, bo do tych historii tęsknią czytelnicy.

Mógłby też Wojtuś trochę obiektywniej spojrzeć na USA, albo chociaż do swoich zachwytów dorzucić jakieś negatywy, bo ani w Ameryce, ani nigdzie indziej nie ma tak, że wszystko jest cudowne i nic głupiego się nie zdarza. Cejrowski powtarza na łamach książki, że tak działa Ameryka i tak powinno być wszędzie. Nigdzie jednak nie równoważy tego niczym w stylu: tak niestety jest w USA, a szkoda, bo to bzdurne jest.


str. 270

Lubicie łazić za Cejrowskim po dżungli i słuchać jego bajdurzenia? To i o trawie, krowach i wietrze warto żebyście posłuchali.

W. 

środa, 29 stycznia 2014

Spacerkiem przez piekło z Dantem pod ręką

[zanim będzie Jarmusch - książka]

Minęło już sporo czasu odkąd czytałam „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Z samej powieści nie pamiętam w sumie nic, oprócz tego, że czytało się ją przyjemnie i że Smart pali 1 litr na sto w mieście.

Książka budziła wtedy kontrowersje ze względu na poruszane tematy, związane z Kościołem katolickim, duchownymi, religią etc. … dziś jestem pewna, że cały ten szum był tylko sprytnym wybiegiem promującym pozycję.



„Inferno” trafiło w moje ręce jako prezent. Te 590 stron rozrywki i lekcji historii sztuki w jednym towarzyszyło mi przez tydzień w tramwaju. Choć książka jest duża, powinna być o wiele większa – każda bowiem strona aż się prosi o zdęcia i ilustracje. A to Wenecja, a to Florencja. Obrazy, miejsca, symbole – wszystko, co Brown uwielbia wplatać w swoje powieści.

Akcja powieści dzieje się w ciągu dwóch dni i jest upchana szalonymi pościgami, przygodami, zagadkami i strachem. Nie ma czasu zatrzymać się i pooglądać wspaniałe dzieła sztuki i architektury, bo do nas strzelają i próbują zatrzymać. A przecież ratujemy świat.

Największym atutem tej książki jest właśnie to powiązanie szybkie, spektakularnej akcji z zagadkami, które rozwiązujemy z głównym bohaterem – Langdonem. Wspaniała i przerażająca podróż, której celem jest rozwiązanie tajemnicy i uratowanie ludzkości, wciąga czytelnika od razu i nie wypuszcza ze swoich szponów aż po sam koniec.

"La mappa dell'inferno" Sandro Botticelli ("Mapa piekieł").


Czytając „Inferno” ma się wrażenie, że ktoś nam stoi za plecami i zagląda przez ramię. I nie mylimy się. Duch autora „Boskiej komedii” przesyca cały tekst. Dante i jego kręgi piekielne są głównym motywem przewodnim strony symbolicznej tejże książki – choć całość stąpa twardo po ziemi, to piekło (jako element religii, zaświat, wieczna kara) jest zawsze tuż obok, w nawiasie, w sferze wiary, która nie wpływa nijak na akcję, ale jest obecne.

A rozwiązanie zagadki... dobrze rozegranie, panie Brown!


Oczywiście nie mogę powstrzymać się od paru uwag krytycznych. Pozwolę sobie je umieścić w kolejności, w jakiej mi się nasuwały.

Po paru stronach odniosłam wrażenie, że tłumaczenie mogłoby być trochę lepsze. Bardziej płynne. Co jakiś czas natykam się bowiem na frazę czy zdanie, które brzmi jak wsadzone na siłę do tekstu i do tego nieco nieporadnie. Jednakże tłumaczenie książek jest sztuką, której nigdy bym się nie podjęła.

Drugą rzeczą, która mnie uderzyła, był najbardziej znany cytat z „Boskiej komedii”. Wersja użyta w książce: „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją” (tłum. Edward Porębowicz) strasznie mnie gnębiła. Jestem przyzwyczajona do „Wy, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję”. Pozwoliłam sobie na zajrzenie do Internetu, ale nie udało mi się ustalić, do kogo należy to sławne tłumaczenie. Nic to!

Najgorszy zarzut zostawiam na koniec.

Coś mi przeszkadzało rozkoszować się tą w sumie wciągającą, dobrą i godną polecenie książką. Jakoś tak około 400 strony doznałam olśnienia.

Czytając, odnosiłam cały czas wrażenie, że jestem idiotką. A raczej – żeby być dokładniejszym – że autor uważa mnie za idiotkę i na domiar złego – sklerotyczkę. Sposób, w jaki bez przerwy przypomina mi się o faktach, które zostały dogłębnie przedstawione już kilka razy i które są nie do zapomnienia, gdyż bez nich całość nie ma sensu, nasuwa mi podejrzenie, że autor nie docenia moich umiejętności pojmowania i rozumienia tekstu. Umiejętności, które posiada każdy, kto porywa się na taką cegłówkę, jaką jest „Inferno”.

Kiedy dzieliłam się tym spostrzeżeniem z koleżanką doznałam kolejnego oświecenia. Przecież Brown jest Amerykaninem i dla Amerykanów przede wszystkim pisze! Gdybym to wzięła pod uwagę wcześniej, czytałoby mi się zdecydowanie przyjemniej.

Tym nieco niepoprawnym politycznie stwierdzeniem pragnę zakończyć tę moją recenzję. Chciałabym również przeprosić wszystkich Amerykanów, którzy to czytają.

Well be with you, ladies and gentelmens!


 Weronika

piątek, 12 kwietnia 2013

KSIĄŻKA MATRIOSZKA


Nie lubię czytać książek, po tym jak oglądnęłam stworzony na ich podstawie film. Wizja reżysera odbiera mi przyjemność nadawania bohaterom, miejscom i wydarzeniom wyglądu wedle własnego upodobania. Jednakże czasem się tak zdarza, że przeczytam.

Właściwie nie wiem, co skłoniło mnie do przeczytania "Atlasu chmur" po tym jak oglądnęłam bez większych ekscytacji jego ekranizację. Ale stało się i właśnie skończyłam tę ponad pięćset stronicową cegiełkę.

Z reguły mówi się, że książkowy pierwowzór jest lepszy niż jego wersja filmowa. A tu zaskoczenie - nie we wszystkim.

Ale po kolei.

Jeśli nie zagłębiałabym się w szczegóły, tak - książka jest lepsza od filmu. Każda historia podzielona jest jedynie na dwie części i nie podkreśla na każdym kroku, nachalnie jak idiotom, delikatnej sieci powiązań między bohaterami różnych opowieści. Czyta się całkiem przyjemnie i nie potknęłam się o żadne zaniedbanie tłumacza. Kawał - duży - porządnej literatury. Może nie wybitnej, ale na poziomie. Może nie super oryginalnej jak dla mnie, jednak nie każdy czyta tonami SF, więc może poczuć się zaskoczony wizjami autora.

Forma powieści szkatułkowej pozwala na połączenie tych historii dużo płynniej niźli w poszatkowanym bezładnie filmie - niczym matrioszka, historia w historii w historii.

Czytamy o fikcyjnym bohaterze, którego zapytał ktoś, czy zna osobiście Sherlocka Holemsa. Nasz fikcyjny Robert wyśmiewa pytającego, skąd mógłby znać fikcyjną postać - bohatera powieści? I wtedy podnosimy głowę i patrzymy w górę z myślą: czy jestem tylko kolejną matrioszką? Czy tam gdzieś ktoś czyta o tym jak czytam o tym, jak Luisa czyta listy Roberta, w których tenże pisze o tym, jak czyta pamiętniki Adama.... Lekki zawrót głowy

Nie dziwię się, że Wachowscy chcieli to sfilmować. Struktura powieści i jej przeplatające się wątki, subtelnie ukryte powiązania pomiędzy historiami, symbole i rzeczywistość w rzeczywistości - to coś co tygryski lubią najbardziej.

zdjęcie: Weronika Krztoń


A w szczegółach? Może po kolei historiami....

Pierwsza jest w kolejności historia Adama. Adam - tak samo jak w filmie - denerwuje swoją naiwnością. Jego przyjaciel/truciciel zaskakuje twardym i trzeźwym spojrzeniem na ludzkość. Ale po zastanowieniu - po prostu zna siebie i przez ten pryzmat ocenia resztę ludzkości - prawdziwie, jeśli nawet jest to przerażające.
Twórcy filmu lekko wygładzili ostre brzegi książki. W tej części akurat oszczędzili nam wątku o wykorzystywanym brutalnie chłopaku. Czy słusznie? Skoro nie martwili się odbiorem historii o biseksualnym muzyku, który popełnia samobójstwo? Może po prostu ucichali ten wątek, żeby tego potwora upchnąć w czasie kinowym.

A propos tegoż muzyka. Ta część filmu jest moją ulubioną, być może z powodu Bena, który świetnie ja zagrał, a może ogólnie ta historia jest najlepszą częścią scenariusza. Scenariusza! Bo w książce wcale mi się nie podobała. Nie lubię tego książkowego Roberta, który wykorzystuje swojego Sixsmitha, udaje wielkiego znawcę świata i ludzi, a jest równie naiwny jak każdy z nas i który twierdzi, że samobójstwo nie jest tchórzostwem. Chyba w filmie był taki sam? Ale jednak polubiłam filmowego Roberta, a książkowego nie.
Dlaczego Robert popełnił samobójstwo? "Nie pozwól im mówić, że zabiłem się z miłości." Więc czemu? Film nie pozostawił mnie z takim pytaniem. Cała historia splotła się tam idealnie i wydaje mi się, że nie było możliwe inne zakończenie.
W książce nie mam pojęcia, uczucia, smaku nadchodzącego strzału. Moim zdaniem tu pisarza zawiódł talent - a Wachowscy i Ben Whishaw naprawili braki.

Luisa Rey i jej poszukiwania prawdy są równie wciągające i pełne akcji tu i tu. Nawet jeśli Smoke już na zawsze będzie agentem Smithem :) tylko tytuł "Okresy półtrwania" nie pasuje do historii nijak.

Historia Cavendisha została w filmie okrojona z elementów zastojowych, które opisane w książce tworzą elementy stałe i spokojne. Nie zaszkodziło to jednak w niczym samej opowieści, choć czytając zapoznajemy się z Cavendishem troszkę bliżej - nadal czuje się, że wszelkie jego nieszczęścia sam sobie zgotował, żyjąc tak a nie inaczej i nadal lubi się go, mimo że jest z lekka obrzydliwy.

Sonmia. Tu zaskoczyła mnie końcówka. Czy w filmie odnieśliście wrażenie, że cała ta akcja z Sonmią i jej ucieczką, rozwojem i buntem  była uknuta i zorganizowana przez korporację? Że nasz bohaterski Hae-Joo wcale nie należał do Unii, stojącej po stronie 'dobra'?
A tak jest w książce. W momencie gdy Sonmia spełnia swoje zadanie zostaje zostawiona na pastwę Jednomyślności.
W filmie wygładzono znów brzegi, posłodzono gorzki sarkazm i nadano opowieści typowo amerykańskiego posmaku heroizmu, oddania słusznej choć beznadziejnej sprawie oraz podzielono świat na czarne i białe. Szkoda. Oryginał trudniej przełknąć, ale jest prawdziwszy i generalnie lepszy.

Jeremiasz z najodleglejszej przyszłości - tej opowieści w książce znów, według filmowców, brakowało hollywoodzkiego polotu i splendoru! I zakończenie mało interesujące! Dodajmy więc statki kosmiczne i wywieźmy bohaterów w kosmos.
Co kto lubi. Ja tam też lubię Star Wars. Ale nie wszędzie trzeba wciskać statki kosmiczne, czasem nie trzeba się odwracać od matuli ziemi.


zdjęcie: Weronika Krztoń



Długo się zastanawiałam jak zakończyć ten post.
Niech będzie tak: jeśli oglądaliście film - to raczej nie ma sensu czytać książki. Chyba że bardzo chcecie. :) Nie jest bowiem zła, ale też i nie jakoś niesamowicie wciągająca. Ja czytałam ją jeżdżąc do i z pracy i całkiem na tramwajowe czytadło się nadaje, tylko obciąża dość poważnie torebkę.

Teraz trzeba poszukać czegoś nowego do poczytania.