Pierwszy odcinek ma wszystko, co kochamy w 'Sherlocku' i jeszcze więcej.
Sherlock powraca wraz z nieodłącznym płaszczem, czarnymi, nieujarzmionymi lokami i swoim niesamowitym umysłem, kościami policzkowymi, na których można się pociąć, (zbyt) ciasnymi koszulami.... ekhm... taaaaaak, trochę się czuję jak Molly Hooper.
John - porzuciwszy włochatostope wcielenie - przeżywa jakoś powrót swojego przyjaciela. Jest niezmiennie kochany, nawet jeśli jego wąsy przyprawiają wszystkich o dreszcze.
Staram się nie zdradzać za dużo, ale nie wiem czy się uda! Oczywiście odcinek jest niesamowicie świetny. Mamy zagadkę do rozwiązania, a oprócz tego dużo zaskoczonych twarzy, biegania po Londynie, jeżdżenia metrem. Dowiadujemy się też JAK... no powiedzmy, że się dowiadujemy JAK Sherlock upozorował swoją śmierć.
Poznajemy trochę bliżej Mycrofta, spotykamy Mary, widzimy kilka niespodziewanych pocałunków (i wcale nie te, o których myślicie!).
Dobra, będę szczera: nie jestem w stanie napisać obiektywnej, nie spojlerowej recenzji. Uwielbiam Benedicta i jego Sherlocka, Martina Freemana oraz Marka Gatissa (Mycroft). Gatiss i Moffat powinni brodzić w Baftach i myśleć nad kolejnymi seriami dzień i noc!
Fanów nie muszę przekonywać. Wiem, że już widzieli ten odcinek i go kochają :D
Wszystkich, którzy nie znają tej wersji 'Sherlocka' szczerze zachęcam do obejrzenia wszystkich dostępnych serii po kolei - bo nie da się zaczęć od 3 serii, za dużo namieszane.
John: I'm definitely going to kill you!
Sherlock: Oh, please. Killing me, that's so two years ago!
Plany były inne, ale jak to w moim życiu - plany sobie, rzeczywistość sobie.
Te święta były dla mnie bardzo nieprzyjemne. Nie miałam ani sił, ani ochoty oglądać niczego, wszystko co zobaczyłam to 1 sezon 'Star Trek Następne pokolenie' oraz pół 'Szóstego zmysłu'.
Więc mimo wielu świetnych podpowiedzi ten post będzie o......... Hobbicie!
M. (niech jej będą dzięki) wyciągnęła mnie w ostatnią niedzielę roku 2013 do kina na 'Hobbita Pustkowie Smauga'.
Nie będę się rozpisywać ani wchodzić w szczegóły. Już po pierwszej części zwątpiłam w Jacksona, choć przecież LOTR mu wyszedł.
Poszłyśmy na wersję 2D, co sprawiło, że moje oczka przetrwały, ale sam film wygląda, że stracił na jakości.
Choć ogólnie Hobbit jest słaby. Zresztą nie ma się co dziwić, gdy malutką książeczkę dla dzieci próbuje się przerobić na 3 filmidła.
Film jest przegadany, upchany rzeczami, które w książce były jedynie wspomniane - jak wizyta Gandalfa w Dol Guldur oraz rzeczami, których nie było w książce wcale - jak Legolas i spółka (staram się za dużo nie zdradzać).
Oczywiście trzeba poprawić Mistrza (tj. Tolkiena) i wspaniała scena, w której Bilbo wodzi za nos pająki została zmieniona w nudnawe miotanie się w pajęczynach... i tak dalej i tak dalej.
Na szczęście da się ten film oglądnąć, mimo zmasakrowania oryginały. Widoki jak zwykle wspaniałe, walki, choć wzięte znikąd, dobre, aktorzy - niezaprzeczalnie świetni.
Martin Freeman (Bilbo) oraz Ian McKellen (Gandalf) jak zawsze grają cudnie.
Chłopaki od Krasnoludów bawią nas, a ci od Elfów są gładcy i śliczni jak należy.
Nie możemy zapomnieć o Smaugu. Technicznie - świetny, ale świetne smoki widzimy w kinie już od 1996 roku (Ostatni smok). Niewiele zostaje dla aktora w przypadku, gdy cała postać jest wykreowana komputerowo. Tu najistotniejszy był głos, czyli Benedict Cumberbatch, którego głos jest zdecydowanie stworzony do mrocznych postaci :D
Generalnie - fani powinni oglądnąć, żeby mieć na co narzekać. Tym, co nie znają oryginały - film powinien się spodobać, jeśli pierwsza część się podobała. Ci co nie lubią fantasy - po co byście szli na to??? Toż to fantasy w najczystszej formie.
Mam dwa pytania:
1. Czy ktoś, kto widział to w 3D, mógłby się podzielić opinią, co do efektów komputerowych? Bo w 2D nawet koń im wyszedł koślawo (po co robić konia komputerowo? zwykłego już nie można sfilmować? )
2. Dla wiernych fanów Mistrza J.R.R. - czy tylko mi wydaje się, że Mroczna Puszcza nie była całkiem uschnięta, miała zielone liście, a nie brązowe? W scenie z motylami mnie to uderzyło. Ma ktoś pod ręką 'Hobbita'? Cytatu potrzebuję.
Proszę bardzo, jak mi ładnie podpowiedzieliście :D
Jakoś w nowym roku wypowiem się i podsumuję, co zdołałam obejrzeć w święta oraz mam w planach post o SF, ale najpierw przetrwajmy święta, a potem się zobaczy.
Dziękuję za uwagę w tym roku i zapraszam ponownie w przyszłym.
Dziś będzie krótko i konkretnie, bo jestem chora i dlatego wściekła. Plus spojlery!
Na stół biorę film o tytule: Łowca Snów/Dreamcatcher. I cokolwiek Wam ten tytuł może sugerować, to nie to co myślicie.
Podobno film powstał na podstawie twórczości Kinga. Akurat nie czytałam i nie mogę ocenić na ile film zepsuli jego twórcy, a na ile pierwowzór był do bani.
W każdym razie to filmidło nie ma prawa lizać stóp 'Lśnieniu' [Kubrick + King...].
Zaczyna się bardzo fajnie.Trochę tajemniczo i zachęcająco.Czterech kumpli, których łączą specjalne umiejętności oraz postać Dudditsa, poznajemy, gdy próbują żyć na co dzień ze swoimi darami. I myślimy, że będzie mroczniej i bardziej zagadkowo.
A tu buuuum! I na scenę wkraczają kosmici. Choć 'wkraczają' nie jest słowem odpowiednim. Raczej wyrywają się na wolność tylnym wejściem. Rozumiem, że wyrwanie się robalowatego obcego z klatki piersiowej to klasyka i nietaktem byłoby kopiowanie. Ale są inne strony ciała człowieka niż.... tyłek
Krwawa jatka nie jest tym, czego się spodziewałam - niemniej to otrzymujemy. Mamy jeszcze zwariowanego żołnierza (Freeman), którego postać nic nie wnosi do fabuły, a służy jedynie załatwieniu gościa, którego spokojnie mogli zabić sami kosmici - a za gażę Morgana można było zrobić kilka lepszych scen albo zatrudnić lepszego scenarzystę - bo dialogi im bliżej końca filmu tym są gorsze.
Bardziej do zagadkowego początku filmu pasuje idea zapamiętywania stworzona przez Jonesa - jego magazyn w głowie przywodzi na myśl bibliotekę Eco albo 'mind palace Sherlocka. [Ale tu zakładam działanie samego Kinga].
Również można pochwalić Damiana Lewisa (Homeland) za świetne odegranie podwójnej roli.
Potem długo, długo nic tylko tragedia. Odkrywamy jeszcze o co chodzi z upośledzonym i obdarzonym mocami kumplem nr 5 (nawet nie chciało mi się udawać zaskoczenia) i kończymy film bohaterskim rozgnieceniem. I na szczęście oszczędzono nam scenki w stylu: 10 lat później... domek z białym płotkiem, dziecko....
Możecie ten post traktować jako ostrzeżenie. Film z serii: za duże oczekiwania.