HOME  |  FILM   |  KSIĄŻKA  |  PODRÓŻE

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ralph Fiennes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ralph Fiennes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2014

Grand Budapest Hotel wita

Po ciężkich walkach i dużej dawce bezowocnego planowania udało mi się w końcu - zupełnie spontanicznie i  z przypadku - pójść do kina na 'Grand Budapest Hotel' Wesa Andersona.

Choć moim ulubionym filmem Wesa pozostaje 'Moonrise Kingdom' to GBH warty jest obejrzenia. 

Przede wszystkim: OBSADA



Fiennes, Tilda, Jude Law, Edward Norton, Brody, Goldblum, Murray.... i tak dalej i tak dalej.

I każde z nich, nawet w najmniejszym epizodzie - świetne. Zwłaszcza Fiennes.

Postacie w tej opowieści - grane przez mistrzów - są raczej proste, dość stereotypowe - nie zagłębiamy się w pobudki złych, w przeszłość dobrych, poza ogólnymi faktami, wyrażonymi bez poetyckość, prostą ostrą linią. Melancholijny pisarz, do gruntu zły zabójca, prawy inspektor. 
Te postacie ujęte w specyficznej prostej scenografii, która kojarzy się ze wspomnieniami z lepszych czasów, miękkimi i podkolorowanymi przez czas oraz w kiczowatym przepychu tytułowego hotelu opowiadają zagmatwaną historię, która nas bawi swym dziwnym humorem, rozczula i wprawia w melancholijny nastrój.

I właśnie ta barwna scenografia jest - po wspaniałej obsadzie - chyba największym atutem filmu. Sama historia, choć szalona i wciągająca, bez tej oprawy obasodowo-graficznej, nie byłaby aż tak interesująca.

Wes prezentuje nam historię 'od zera do milionera' z kilkoma dziwnymi zwrotami akcji i zakończeniem, które go się nie spodziewamy i robi to jak zawsze w swój własny, niekonwencjonalny sposób.



Zapraszam Was wszystkich do Grand Budapest Hotel, piękne widoki i wspaniała obsługa. A jeśli do tego jesteście blondyn(k)ami, na pewno zwrócicie uwagę konsjerża, który o Was zadba bardzo dobrze.

Miłego pobytu

Weronika

piątek, 24 maja 2013

THIS... IS... Szekspir





Zabrałam się znów za Szekspira (bo ponoć bzdury oglądam) i mało co się nie poddałam.

'Koriolan' - debiut reżyserski świetnego aktora Ralpha Fiennesa - to osadzana we współczesnym świecie interpretacja tragedii Szekspira pod tym samym tytułem.


To zdecydowanie ciężka sztuka, nawet jak na Szekspira. Główny bohater za nic nie chce się dać polubić - jego duma jest odpychająca, krewki charakter frustrujący. Inni nie są lepsi - nie dałam rady wczuć się w los żadnego z bohaterów. Jednakże trzeba przyznać, że żołnierze, politycy i tłum nie zmienili się nic a nic od czasów Szekspira, czy od czasów potęgi Rzymu.

Trud odbioru być może spowodowała moja niemożność strawienia współczesnych żołnierzy z karabinami obrzucającymi się nawzajem strofami prosto z dramatu elżbietańskiego.
Nie mogłam połączyć w jedną całość tekstu i obrazu - tak jakby ktoś kazał mi oglądać film 3D bez okularów, dwie płaszczyzny - niby podobne, ale nie nachodzące na siebie odpowiednio, powodujące zeza i ból głowy.


Gerard Butler u Szekspira... nie mogłam go zdzierżyć. No po prostu nie mogłam. Są aktorzy w sam raz do Szekspira, choćby jak sam Fiennes i są tacy, którzy nadają się na Leonidasa - minimum tekstu, maksimum mięśni i bijatyki. :D

Fiennes pokazuje kunszt aktorski, którego należy się po nim spodziewać. Scena golenia głowy to moment, w którym wyczuwamy najwięcej z uczuć między bohaterami, więcej niż gdy walczą, czy dyskutują. A nie pada ani jedno słowo.

Jak dla mnie ta próba uwspółcześnienia Szekspira nie wypadła jakoś zachwycająco. Łatwiej już się da wciągnąć 'Romea i Julię' z Leosiem. Ale to była o wiele lżejsza sztuka.

'Koriolana' polecałabym tylko zapaleńcom, kochającym Szekspira.

Generalnie za ciężkie - wygląda, że czas na jakąś szmirę...

Pap


PS. Początkiem czerwca spodziewajcie się entuzjastycznej i nieobiektywnej recenzji Star Treka :*