HOME  |  FILM   |  KSIĄŻKA  |  PODRÓŻE

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerard Butler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerard Butler. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Zmieszane z błotem....

Dziś kilka rzeczy.


1. Zacznijmy od rozwiązania konkursu, bo M. się niecierpliwi. :D Oczywiście do niej należy palma zwycięstwa. Postarała się nawet znaleźć wizualizację. Tak więc czeka mnie wyjście do kina na coś, co niekoniecznie chcę zobaczyć. [Pilniczek gotowy]

źródło: Ikneel4Loki on deviantArt

2. Miałam napisać o Pacific Rim, ale straciłam wenę/ochotę. Krótko: zmarnowana okazja na połączenie dwóch elementów - ulubionych przez Japończyków wielkich maszyn z ukochaną przez Amerykanów walką o Ziemię. Można było zrobić coś niesamowitego, wyszły popłuczyny...



3. Na szybko obejrzałam też drugą część G.I. Joe. Równie słaby, bezsensowny i nudny jak jedynka. Nawet staruszek Willis nie podniósł tym razem poziomu.


4. Skończyłam serial Star Trek The Original Series. Nakręcony w latach 1966-1969 nie da się oglądać z podejściem krytycznym. Jeśli chcemy się cieszyć oglądaniem tego staruszka, nie wolno nam nawet próbować porównywać ówczesnego wyobrażenia przyszłości do naszych obecnych pomysłów.
Jest to klasyk. Dziś wydaje się kiczowaty i nieaktualny, ale ja bawiłam się świetnie. Atutem jest tu humor oraz interakcje między trzema głównymi bohaterami - kapitanem Kirkiem, pierwszym oficerem Spockiem oraz lekarzem McCoyem. Nimoy zwłaszcza stworzył niesamowitą postać Wulkanina, którą naprawdę polubiłam. :D Polecam, kto do tej pory nie próbował.

Porównywać z wersją J.J. nie będę, ale muszę przyznać, że aktorów dobrał pod względem wyglądu świetnie - ich podobieństwo do pierwowzorów z serialu jest naprawdę fajnym odniesieniem.
Tylko postać Khana Nooniana Singha nieco (ku mojej radości) odbiega od oryginału:




5. Last but not least (ale trochę jednak least)

Olimp w ogniu/Olympus has fallen



Hahaaaaa. Nieźle się zdziwiłam. Gdyż się rozczarowałam. Myślałam, że po 'White House down' powinno być tylko lepiej.

No więc nie było.

Z pozytywów: Butler jest tu w swoim żywiole - upapranym, poraniony, ratuje dupę prezydentowi. Jako że jest oczywiście jedynym kompetentnym agentem, walczy jak należy, zabija bez wahania, jest też inteligentny i przystojny. Właściwie cały film opiera się na jego barach, które lubimy, lubimy...

Od czasu do czasu kończą mu się naboje! Musi zmienić magazynek albo użyć noża. Szok.

Poza zachwytem nad umiejętnościami postaci granej przez Butlera głównym uczuciem, które mi towarzyszyło było niedowierzanie. Brwi podjechały mi do góry tak po pierwszym strzale i zostały tam przez dłuższy czas.

Bosze, jeśli tak są wytrenowani agenci ochrony prezydenta USA, ich armia, ich obrona lotnicza czy jak to się zwie to ja się cieszę, że nie mieszkam w Stanach.

Co robisz jak strzelają do ciebie przez długość dość dużego trawnika przed Białym Domem, a jesteś AGENTEM?
Najwyraźniej wybiegasz na ów trawnik i dajesz się zastrzelić. Ponieważ strzelanie zza filara/murku jest zabronione? Nie nosisz również kamizelki kuloodpornej, chyba żeby nie zakłócić linii twojego garnituru. Białego Domu chroni banda matołów, którzy myślą, że są Bondami, a kończą jako stos ciał, które nawet nie posłuży za ochronę przed kulami. Bo po 5 minutach nie żyje żaden agent, poza głównym bohaterem (który oczywiście nawet nie pracuje w ochronie prezydenta).



Czy masz problem z przyleceniem z KOREI i wleceniem nad stolicę USA niezidentyfikowanym samolotem, pełnym broni, zestrzeleniem dwóch myśliwców, należących do sił zbrojnych, które nie zauważyły, że lecisz, dopóki nie byłeś kilometr od Białego Domu? Oczywiście, że nie. Możesz nawet podwieźć pod Biały Dom autobus pełen uzbrojonych Azjatów oraz materiałów wybuchowych. Nie wspominając nawet o granatniku RPG.

Mogłabym tak w nieskończoność. O braku oryginalności fabuły nawet nie wspomnę.
Na szczęście dzieciak zostaje uratowany zanim stanie się kartą przetargową, nawet jeśli nic to nie zmienia. A dziewczyna głównego bohatera nie dodzwania się do niego i nie zdradza w ten sposób jego pozycji wrogowi.

Zrobiłam sobie całą listę głupot, naiwności i błędów, ale nie będę tutaj streszczać filmu przecież.

Lubicie Butlera i nie boicie się zmarszczek od niedowierzającego wyrazu twarzy?
To zapraszam, oglądnijcie.

PS. Może wydam się kobietą bez serca, ale: jeśli skutkiem wycofania wojsk z Korei miał być konflikt na wielką skalę, mogący nawet doprowadzić do wybuchu wojny nuklearnej, nie należało poświęcić prezydenta? Ostatecznie bycie prezydentem wielkiego mocarstwa niesie za sobą pewne zagrożenia, których chyba jest się świadomym, kandydując...




piątek, 24 maja 2013

THIS... IS... Szekspir





Zabrałam się znów za Szekspira (bo ponoć bzdury oglądam) i mało co się nie poddałam.

'Koriolan' - debiut reżyserski świetnego aktora Ralpha Fiennesa - to osadzana we współczesnym świecie interpretacja tragedii Szekspira pod tym samym tytułem.


To zdecydowanie ciężka sztuka, nawet jak na Szekspira. Główny bohater za nic nie chce się dać polubić - jego duma jest odpychająca, krewki charakter frustrujący. Inni nie są lepsi - nie dałam rady wczuć się w los żadnego z bohaterów. Jednakże trzeba przyznać, że żołnierze, politycy i tłum nie zmienili się nic a nic od czasów Szekspira, czy od czasów potęgi Rzymu.

Trud odbioru być może spowodowała moja niemożność strawienia współczesnych żołnierzy z karabinami obrzucającymi się nawzajem strofami prosto z dramatu elżbietańskiego.
Nie mogłam połączyć w jedną całość tekstu i obrazu - tak jakby ktoś kazał mi oglądać film 3D bez okularów, dwie płaszczyzny - niby podobne, ale nie nachodzące na siebie odpowiednio, powodujące zeza i ból głowy.


Gerard Butler u Szekspira... nie mogłam go zdzierżyć. No po prostu nie mogłam. Są aktorzy w sam raz do Szekspira, choćby jak sam Fiennes i są tacy, którzy nadają się na Leonidasa - minimum tekstu, maksimum mięśni i bijatyki. :D

Fiennes pokazuje kunszt aktorski, którego należy się po nim spodziewać. Scena golenia głowy to moment, w którym wyczuwamy najwięcej z uczuć między bohaterami, więcej niż gdy walczą, czy dyskutują. A nie pada ani jedno słowo.

Jak dla mnie ta próba uwspółcześnienia Szekspira nie wypadła jakoś zachwycająco. Łatwiej już się da wciągnąć 'Romea i Julię' z Leosiem. Ale to była o wiele lżejsza sztuka.

'Koriolana' polecałabym tylko zapaleńcom, kochającym Szekspira.

Generalnie za ciężkie - wygląda, że czas na jakąś szmirę...

Pap


PS. Początkiem czerwca spodziewajcie się entuzjastycznej i nieobiektywnej recenzji Star Treka :*